niedziela, 18 sierpnia 2013

#1 Real Madryt 2-1 Real Betis, "...nie po tym jak zaczyna"



Estadio Santiago Bernabeu przywitało nowo rozpoczęty sezon Primera Division atmosferą godną niemalże finału Pucharu Króla. Poziom meczu rozegranego wczoraj mógł zachwycić, ale i rozczarować. Rozczarować przede wszystkim kibiców Realu, gdyż pomimo odrobienia straty i zdobycia trzech punktów, jakiś niesmak pozostał w murach stadionu, w zielonej nawierzchni i przede wszystkim właśnie w głowach sympatyków.   

Za największego pechowca meczu śmiało można by uznać Cristiano Ronaldo, który dwoił się i troił, lecz pozostawił po sobie w statystykach jedynie największą ilość strzałów w drużynie. Już w drugiej minucie stanął (lub raczej wyskoczył) przed okazją pokonania Andersena, ale wrzutka Marcelo okazała się zbyt miękka. W kolejnej akcji gospodarzy, cząstka kibiców mogła cieszyć się z samobójczego trafienia reprezentanta Polski, Damiena Perquisa, jednak byli to nieliczni- ci, którzy nie usłyszeli przedtem gwizdka, sygnalizującego spalonego Marcelo. Od tego momentu piłkę przejęli, i nie bardzo mieli ochotę oddać, piłkarze Betisu. 

W dziewiątej minucie serca kibiców Realu były zagrożone atakiem, gdyż po niezbyt szczęśliwym wyjściu Diego Lopeza, zapachniało golem dla jedenastki gości. Piłka wędrowała z jednej połowy na drugą, jednak obie drużyny były nieskuteczne. Wreszcie w 14. minucie po niesamowitej akcji (i asyście) Cedricka, na 0:1 trafił Molina. Od tego momentu piłkarze Realu jakby odrobinę się podłamali- do 17. minuty pozwolili rywalom, a konkretnie Cedrickowi, na przeprowadzenie kilku naprawdę groźnych akcji. Z Cedrickiem wiąże się dość zabawna historia, jakoby klauzula odstępnego tego piłkarza miała opiewać aż 1,20 euro. Czy to zwykły błąd, czy też żart- zawodnik ów pewnie wygrałby swojej drużynie mecz, gdyby nie niezawodny Pepe, maskujący wręcz niedyspozycję defensywy gospodarzy.  

W 19. minucie meczu swojej szansy po raz wtóry poszukał Damien Perquis, który to skierował futbolówkę wprost do własnej siatki. I znowu uratował go spalony piłkarza stołecznego klubu. Widząc jego ofensywny power i potencjał, Waldemar Fornalik może próbować zastąpić nim Roberta Lewandowskiego lub ustawić ich obok siebie (4-4-2) i zakazać wracać we własną szesnastkę. Atak marzenie. (przyp. Alicji)

Na następne kilka minut szczęście zupełnie opuściło piłkarzy Realu Madryt- piłka mijała dwukrotnie słupek oraz po rzucie wolnym przeleciała nad poprzeczką. Dopiero w 26. minucie, niemal niewidoczny dotąd, Karim Benzema strzelił wyrównującą bramkę po podaniu ligowego debiutanta w barwach Realu, Isco. Obie drużyny bardzo usilnie walczyły o strzelenie drugiej bramki, jednak z marnym skutkiem. Odważny atak Pepe w polu karnym mógł skończyć się jedenastką dla gości, lecz sędzia najwidoczniej uznał to zajście za niekwalifikujące się pod faul. Wielu sędziów pewnie przyznałoby mu rację, jednak decyzja na korzyść Betisu nie byłaby wcale krzywdząca ani niesprawiedliwa. Zawodnicy obu drużyn zeszli do szatni z wolą walki i chęcią zmienienia rezultatu na korzystniejszy niż skromny punkt.

Drugą połowę spotkania gospodarze zaczęli zdecydowanie lepiej niż pierwszą, lecz za każdym razem coś nie pozwalało im na wyjście na prowadzenie. W 52. minucie dobrą akcję Realu zmarnował Karim Benzema, z bliskiej odległości strzelając ponad poprzeczką bramki Andersena. Pamiętny rzut karny Sergio Ramosa był niczym w porównaniu z tym zagraniem. Trzy minuty później kontuzjowanego Khedirę zmienił Caseniro. Cedrick, który rozgrywał świetne spotkanie, skonstruował jeszcze kilka groźnych akcji, po czym w 62. minucie opuścił plac gry. Swojej okazji wciąż szukał Cristiano Ronaldo, jakby chcąc dorównać osiągnięciu Leo Messiego z tej samej kolejki Primera Division. Na próżno jednak próbował- jego strzały były zbyt lekkie, niecelne lub wpadały wprost w bramkarza drużyny przeciwnej. W 76. minucie świetną interwencją we własnym polu karnym popisał się Ramos. Real Madryt gral zdecydowanie lepiej niż w pierwszej odsłonie, natomiast Betisowi jakby zabrakło sił po świetnej grze. Rzut wolny na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dał kibicom Realu dobrą okazję do krzyku, gdyż dośrodkowanie Marcelo, bez problemu wykorzystał Isco- mój Man of the Match. Gospodarze utrzymali prowadzenie do samego końca, nie pozwalając Barcelonie na stworzenie przewagi w tabeli już po pierwszej kolejce.

Jakiż mógł pozostać niesmak po wygranym meczu? Ano nieskuteczna gra w ataku i wiele zmarnowanych okazji. Nawet po obejrzeniu tego jednego meczu widać wyraźnie, że ani Benzema, ani młody Morata raczej nie wystarczą drużynie, i że jedynym, czego w tej chwili potrzebuje klub z Madrytu, jest rasowy napastnik.

sobota, 17 sierpnia 2013

#1 Nie jakość, a ilość? Swansea-1, Man. Utd-4


Jak bardzo pomyliłby się ten, kto po samym wyniku pierwszego w tym sezonie Premier League meczu na Liberty Stadium, założyłby gładkie zwycięstwo aktualnego mistrza Anglii, wiedzą chyba tylko ci (lub aż ci), którzy ten mecz obejrzeli. Mówię "aż ci", bowiem jeśliby wierzyć temu, ze każdy nabywca biletu na to spotkanie, stawił się na stadionie, wszystkie dopuszczone do użytku miejsca byłyby zajęte. Tak wielkim zainteresowaniem cieszył się ów pojedynek. Pomimo swej potencjalnej niewielkiej wartości czy to historycznej, czy widowiskowej, pomimo niemożności równania się z jakimikolwiek derbami, był to wszak mecz Premier League. Mecz pierwszej kolejki na dodatek. Już pomijając fakt debiutu ligowego Davida Moyesa w barwach Manchesteru United... 

Ci, którzy zdecydowali się obejrzeć to spotkanie czy to z trybun, czy choćby z kanapy, nie mogą czuć się zawiedzeni samym meczem. Wynikiem- owszem. Kibice żadnej drużyny, która gra tak jak Swansea wczoraj, raczej nie cieszyliby się, widząc na tablicy wynik 1:4. Już od pierwszego gwizdka arbitra zespół z Walii, że celuje w punkt lub nawet punkty zdobyte na własnym boisku. Piłkarze United wydawali się nieco senni, zmęczeni długim wakacyjnym tour'em, który to miał należycie przygotować ich do sezonu... Podania były niecelne, akcje niosły za sobą jedynie większe zmęczenie. Dopiero w siódmej minucie United wypracowało sobie naprawdę dogodną sytuację, kiedy to Phil Jones uderzając jak rasowy napastnik, posłał piłkę jak rasowy obrońca wprost w golkipera gospodarzy. Swansea znów przejęła piłkę, jednak to United aż do końcowego gwizdka utrzymało kontrolę nad spotkaniem. W piętnastej minucie po raz pierwszy przed szansą strzelenia gola stanął król strzelców ubiegłego sezonu Premier League, Robin van Persie. Skierował on jednak piłkę głową zbyt miękko, co nie mogło zagrozić dobrze ustawionemu Vormowi. 

Dopiero w 34 minucie za sprawą właśnie Holendra, United objęło prowadzenie, a gol Danny'ego Welbecka strzelony po kilkudziesięciu zaledwie sekundach ustawił całe spotkanie. Gracze Swansea dzielnie walczyli, jednak czy to problemy ze skutecznością, czy to zaskakująco dobra gra defensywy United skutecznie uniemożliwiały im strzelenie choćby kontaktowej bramki. Zawodników obu drużyn należałoby pochwalić za dość czystą grę, bo pomimo kilku fauli i wielu kartek (śmiem twierdzić, iż zbyt wielu), spotkanie przebiegało w spokojnej atmosferze i piłkarze raczej szczędzili sobie złośliwości. Można by także pochwalić sędziego prowadzącego to spotkanie, jednak wolałabym tego nie robić, gdyż sędziowie mają to do siebie, iż po wysłuchaniu miłych słów lubią płatać nieprzyjemne niespodzianki. Wracając do meczu- oprócz kartek ze strony Manchesteru nie działo się niemal nic. Pomoc praktycznie nie istniała, chyba że zbiegał tam Robin van Persie. Napastnicy sami nie dostawali zbyt wielu piłek, co skutkowało niezbyt wygórowaną liczbą oddanych strzałów. Z dość słabej strony pokazał się Ryan Giggs, który wybitnie nie miał szczęścia lub też swej szybkości, do której nas, kibiców, przyzwyczaił. Tuż po przerwie Swansea znów zaczęła nacierać na obronę Manchesteru United, jednak, co może być dziwne, David de Gea nie miał zbyt wielu okazji do wykazania się. 

W 62. minucie David Moyes posłał na murawę oczekiwanego od początku meczu Wayne'a Rooneya. Już po jedenastu minutach Anglik udowodnił, że jego sytuacja w klubie i bycie niemal na pograniczu odejścia nie przekłada się wcale na jego grę i wrzucając piłkę w pole karne wprost na nogę van Persiego, walnie przyczynił się do podwyższenia wyniku na 0:3 dla United. Bramka, która wówczas padła, śmiało mogłaby kandydować o miano bramki roku, lecz przedtem musiałaby   pokonać w bratobójczym pojedynku pozostałe okienka, ustrzelone w tym meczu. Uderzenie niemal idealne, marzenie chyba każdego chłopca i moje. Jak słusznie zauważył komentator meczu- gol rodem z japońskich bajek. 

Po Rooneyu na boisku pojawił się Anderson, zastępując niekwestionowanego Man of the Match- holenderskiego snajpera United. Czemu uważam, że powinien nim być RvP, a nie taki np. Michu? Przecież Michu miał o wiele więcej sytuacji i ogólnie częściej było o nim słychać... Pytanie banalne. Michu nie zapewnił drużynie choćby jednego punktu. Wreszcie Michu nie strzelił choćby jednego gola. 
W 82. minucie jedyną bramkę dla Swansea zdobył Wilfried Bony, jednak to było wszystko, na co było stać drużynę gospodarzy. W doliczonym czasie gry po asyście Rooneya- spiritus movens ostatnich trzydziestu minut meczu, genialnym lobem w stylu Leo Messiego wynik ustalił... Danny Welbeck, poprawiając tym samym swój bramkowy dorobek z ubiegłego sezonu ligowego. Ten facet ma więcej szczęścia niż zimnej krwi. Nawet grając mecz-katastrofę, jest w stanie strzelić bramkę czy dwie i za to, de facto, jest przecież rozliczany. 

Cóż, wynik mówi swoje, a gra swoje. Trzy punkty wędrujące do Manchesteru cieszą mnie jako kibica, jednak okoliczności ich zdobycia nie są wymarzone. David Moyes musi jeszcze sporo się nagimnastykować, by stworzyć team, mogący pokonać absolutnie każdego. In Moyes we trust!