sobota, 17 sierpnia 2013

#1 Nie jakość, a ilość? Swansea-1, Man. Utd-4


Jak bardzo pomyliłby się ten, kto po samym wyniku pierwszego w tym sezonie Premier League meczu na Liberty Stadium, założyłby gładkie zwycięstwo aktualnego mistrza Anglii, wiedzą chyba tylko ci (lub aż ci), którzy ten mecz obejrzeli. Mówię "aż ci", bowiem jeśliby wierzyć temu, ze każdy nabywca biletu na to spotkanie, stawił się na stadionie, wszystkie dopuszczone do użytku miejsca byłyby zajęte. Tak wielkim zainteresowaniem cieszył się ów pojedynek. Pomimo swej potencjalnej niewielkiej wartości czy to historycznej, czy widowiskowej, pomimo niemożności równania się z jakimikolwiek derbami, był to wszak mecz Premier League. Mecz pierwszej kolejki na dodatek. Już pomijając fakt debiutu ligowego Davida Moyesa w barwach Manchesteru United... 

Ci, którzy zdecydowali się obejrzeć to spotkanie czy to z trybun, czy choćby z kanapy, nie mogą czuć się zawiedzeni samym meczem. Wynikiem- owszem. Kibice żadnej drużyny, która gra tak jak Swansea wczoraj, raczej nie cieszyliby się, widząc na tablicy wynik 1:4. Już od pierwszego gwizdka arbitra zespół z Walii, że celuje w punkt lub nawet punkty zdobyte na własnym boisku. Piłkarze United wydawali się nieco senni, zmęczeni długim wakacyjnym tour'em, który to miał należycie przygotować ich do sezonu... Podania były niecelne, akcje niosły za sobą jedynie większe zmęczenie. Dopiero w siódmej minucie United wypracowało sobie naprawdę dogodną sytuację, kiedy to Phil Jones uderzając jak rasowy napastnik, posłał piłkę jak rasowy obrońca wprost w golkipera gospodarzy. Swansea znów przejęła piłkę, jednak to United aż do końcowego gwizdka utrzymało kontrolę nad spotkaniem. W piętnastej minucie po raz pierwszy przed szansą strzelenia gola stanął król strzelców ubiegłego sezonu Premier League, Robin van Persie. Skierował on jednak piłkę głową zbyt miękko, co nie mogło zagrozić dobrze ustawionemu Vormowi. 

Dopiero w 34 minucie za sprawą właśnie Holendra, United objęło prowadzenie, a gol Danny'ego Welbecka strzelony po kilkudziesięciu zaledwie sekundach ustawił całe spotkanie. Gracze Swansea dzielnie walczyli, jednak czy to problemy ze skutecznością, czy to zaskakująco dobra gra defensywy United skutecznie uniemożliwiały im strzelenie choćby kontaktowej bramki. Zawodników obu drużyn należałoby pochwalić za dość czystą grę, bo pomimo kilku fauli i wielu kartek (śmiem twierdzić, iż zbyt wielu), spotkanie przebiegało w spokojnej atmosferze i piłkarze raczej szczędzili sobie złośliwości. Można by także pochwalić sędziego prowadzącego to spotkanie, jednak wolałabym tego nie robić, gdyż sędziowie mają to do siebie, iż po wysłuchaniu miłych słów lubią płatać nieprzyjemne niespodzianki. Wracając do meczu- oprócz kartek ze strony Manchesteru nie działo się niemal nic. Pomoc praktycznie nie istniała, chyba że zbiegał tam Robin van Persie. Napastnicy sami nie dostawali zbyt wielu piłek, co skutkowało niezbyt wygórowaną liczbą oddanych strzałów. Z dość słabej strony pokazał się Ryan Giggs, który wybitnie nie miał szczęścia lub też swej szybkości, do której nas, kibiców, przyzwyczaił. Tuż po przerwie Swansea znów zaczęła nacierać na obronę Manchesteru United, jednak, co może być dziwne, David de Gea nie miał zbyt wielu okazji do wykazania się. 

W 62. minucie David Moyes posłał na murawę oczekiwanego od początku meczu Wayne'a Rooneya. Już po jedenastu minutach Anglik udowodnił, że jego sytuacja w klubie i bycie niemal na pograniczu odejścia nie przekłada się wcale na jego grę i wrzucając piłkę w pole karne wprost na nogę van Persiego, walnie przyczynił się do podwyższenia wyniku na 0:3 dla United. Bramka, która wówczas padła, śmiało mogłaby kandydować o miano bramki roku, lecz przedtem musiałaby   pokonać w bratobójczym pojedynku pozostałe okienka, ustrzelone w tym meczu. Uderzenie niemal idealne, marzenie chyba każdego chłopca i moje. Jak słusznie zauważył komentator meczu- gol rodem z japońskich bajek. 

Po Rooneyu na boisku pojawił się Anderson, zastępując niekwestionowanego Man of the Match- holenderskiego snajpera United. Czemu uważam, że powinien nim być RvP, a nie taki np. Michu? Przecież Michu miał o wiele więcej sytuacji i ogólnie częściej było o nim słychać... Pytanie banalne. Michu nie zapewnił drużynie choćby jednego punktu. Wreszcie Michu nie strzelił choćby jednego gola. 
W 82. minucie jedyną bramkę dla Swansea zdobył Wilfried Bony, jednak to było wszystko, na co było stać drużynę gospodarzy. W doliczonym czasie gry po asyście Rooneya- spiritus movens ostatnich trzydziestu minut meczu, genialnym lobem w stylu Leo Messiego wynik ustalił... Danny Welbeck, poprawiając tym samym swój bramkowy dorobek z ubiegłego sezonu ligowego. Ten facet ma więcej szczęścia niż zimnej krwi. Nawet grając mecz-katastrofę, jest w stanie strzelić bramkę czy dwie i za to, de facto, jest przecież rozliczany. 

Cóż, wynik mówi swoje, a gra swoje. Trzy punkty wędrujące do Manchesteru cieszą mnie jako kibica, jednak okoliczności ich zdobycia nie są wymarzone. David Moyes musi jeszcze sporo się nagimnastykować, by stworzyć team, mogący pokonać absolutnie każdego. In Moyes we trust!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz