Estadio Santiago Bernabeu przywitało nowo rozpoczęty sezon Primera Division atmosferą godną niemalże finału Pucharu Króla. Poziom meczu rozegranego wczoraj mógł zachwycić, ale i rozczarować. Rozczarować przede wszystkim kibiców Realu, gdyż pomimo odrobienia straty i zdobycia trzech punktów, jakiś niesmak pozostał w murach stadionu, w zielonej nawierzchni i przede wszystkim właśnie w głowach sympatyków.
Za największego pechowca meczu śmiało można by uznać Cristiano Ronaldo, który dwoił się i troił, lecz pozostawił po sobie w statystykach jedynie największą ilość strzałów w drużynie. Już w drugiej minucie stanął (lub raczej wyskoczył) przed okazją pokonania Andersena, ale wrzutka Marcelo okazała się zbyt miękka. W kolejnej akcji gospodarzy, cząstka kibiców mogła cieszyć się z samobójczego trafienia reprezentanta Polski, Damiena Perquisa, jednak byli to nieliczni- ci, którzy nie usłyszeli przedtem gwizdka, sygnalizującego spalonego Marcelo. Od tego momentu piłkę przejęli, i nie bardzo mieli ochotę oddać, piłkarze Betisu.
W dziewiątej minucie serca kibiców Realu były zagrożone atakiem, gdyż po niezbyt szczęśliwym wyjściu Diego Lopeza, zapachniało golem dla jedenastki gości. Piłka wędrowała z jednej połowy na drugą, jednak obie drużyny były nieskuteczne. Wreszcie w 14. minucie po niesamowitej akcji (i asyście) Cedricka, na 0:1 trafił Molina. Od tego momentu piłkarze Realu jakby odrobinę się podłamali- do 17. minuty pozwolili rywalom, a konkretnie Cedrickowi, na przeprowadzenie kilku naprawdę groźnych akcji. Z Cedrickiem wiąże się dość zabawna historia, jakoby klauzula odstępnego tego piłkarza miała opiewać aż 1,20 euro. Czy to zwykły błąd, czy też żart- zawodnik ów pewnie wygrałby swojej drużynie mecz, gdyby nie niezawodny Pepe, maskujący wręcz niedyspozycję defensywy gospodarzy.
W 19. minucie meczu swojej szansy po raz wtóry poszukał Damien Perquis, który to skierował futbolówkę wprost do własnej siatki. I znowu uratował go spalony piłkarza stołecznego klubu. Widząc jego ofensywny power i potencjał, Waldemar Fornalik może próbować zastąpić nim Roberta Lewandowskiego lub ustawić ich obok siebie (4-4-2) i zakazać wracać we własną szesnastkę. Atak marzenie. (przyp. Alicji)
Na następne kilka minut szczęście zupełnie opuściło piłkarzy Realu Madryt- piłka mijała dwukrotnie słupek oraz po rzucie wolnym przeleciała nad poprzeczką. Dopiero w 26. minucie, niemal niewidoczny dotąd, Karim Benzema strzelił wyrównującą bramkę po podaniu ligowego debiutanta w barwach Realu, Isco. Obie drużyny bardzo usilnie walczyły o strzelenie drugiej bramki, jednak z marnym skutkiem. Odważny atak Pepe w polu karnym mógł skończyć się jedenastką dla gości, lecz sędzia najwidoczniej uznał to zajście za niekwalifikujące się pod faul. Wielu sędziów pewnie przyznałoby mu rację, jednak decyzja na korzyść Betisu nie byłaby wcale krzywdząca ani niesprawiedliwa. Zawodnicy obu drużyn zeszli do szatni z wolą walki i chęcią zmienienia rezultatu na korzystniejszy niż skromny punkt.
Drugą połowę spotkania gospodarze zaczęli zdecydowanie lepiej niż pierwszą, lecz za każdym razem coś nie pozwalało im na wyjście na prowadzenie. W 52. minucie dobrą akcję Realu zmarnował Karim Benzema, z bliskiej odległości strzelając ponad poprzeczką bramki Andersena. Pamiętny rzut karny Sergio Ramosa był niczym w porównaniu z tym zagraniem. Trzy minuty później kontuzjowanego Khedirę zmienił Caseniro. Cedrick, który rozgrywał świetne spotkanie, skonstruował jeszcze kilka groźnych akcji, po czym w 62. minucie opuścił plac gry. Swojej okazji wciąż szukał Cristiano Ronaldo, jakby chcąc dorównać osiągnięciu Leo Messiego z tej samej kolejki Primera Division. Na próżno jednak próbował- jego strzały były zbyt lekkie, niecelne lub wpadały wprost w bramkarza drużyny przeciwnej. W 76. minucie świetną interwencją we własnym polu karnym popisał się Ramos. Real Madryt gral zdecydowanie lepiej niż w pierwszej odsłonie, natomiast Betisowi jakby zabrakło sił po świetnej grze. Rzut wolny na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dał kibicom Realu dobrą okazję do krzyku, gdyż dośrodkowanie Marcelo, bez problemu wykorzystał Isco- mój Man of the Match. Gospodarze utrzymali prowadzenie do samego końca, nie pozwalając Barcelonie na stworzenie przewagi w tabeli już po pierwszej kolejce.
Jakiż mógł pozostać niesmak po wygranym meczu? Ano nieskuteczna gra w ataku i wiele zmarnowanych okazji. Nawet po obejrzeniu tego jednego meczu widać wyraźnie, że ani Benzema, ani młody Morata raczej nie wystarczą drużynie, i że jedynym, czego w tej chwili potrzebuje klub z Madrytu, jest rasowy napastnik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz